czwartek, 28 lutego 2008

Koh Phi Phi


Koh Phi Phi jest jedną z najbardziej popularnych i znanych wysp Tajlandii. Popularność zyskała nie tylko dzięki wspaniałym plażom i zapierającym dech w piersiach widokom, ale także za sprawą filmu "Niebiańska Plaża" z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Sama wyspa roi się więc od turystów, a co za tym idzie agencji turystycznych i tzw. zjawiska "naganiaczy".

Nasze pierwsze wrażenia były dość mieszane. Z jednej strony Koh Phi Phi przywitało nas wspaniałą pogoda i lazurową wodą, z drugiej na brzegu czekała na nas chmara agentów, z których każdy probował nas przekonać, że oferta hotelu, który prezentuje jest najlepsza. Niestety Hiszpanie, z którymi podróżowałyśmy łatwo wpadli w zastawione przez nich sieci. Wbrew naszym argumentom wylądowaliśmy w hotelu, który ceną może nie przerażał, ale na warunki tajlandzkie mógłby uchodzić za drogi. Nasze marudzenie miało jednak wiele pozytywnych skutków: hotel wynajęliśmy tylko na pierwsze noce. Następne kosztowały nas juz bardzo niewiele.

Koh Phi Phi to raj dla osób kochających plaże, błękitną wodę, snorkling, diving, dobre jedzenie, imprezy a także tani shopping:) oczywiście obie kochamy każdą z tych rzeczy i każdej z nich poświęciłyśmy dłuższą chwilę z tych 5 dni, które tam spędziłyśmy.

Imprezy

Dla wielu młodych osób Koh Phi Phi jest celem podróży głównie za ich przyczyną. W klubach zaskakująca jest jednak przewaga blondynek/blondynów. Około 40% osób imprezujących na Koh Phi Phi pochodzi ze Skandynawii. Wyspa cieszy się wśród nich tak nisamowitą popularnością, iż nasi znajomi Szwedzi wykreślili ją ze swojego planu podrózy, bo czuli by sie na niej jak w domu. Trzeba jednak przyznać, że atmosfera wyspy sprzyja imrezowiczom. Sprzyjają im też miejscowi sprzedający im mnóstwo alkoholu. Co parę metrów możliwe jest kupno wiaderek pełnych rumu, whisky, wódki zmieszanych z colą, spritem czy redbullem.

Maya Bay

To zatoka grająca główną rolę w filmie "The Beach". Szczęśliwym trafem znależliśmy się w grupie 20 osób, które jako jedyne mogły spędzić na słynnej plaży noc pod gołym niebem a także miały przywilej spędzenia tam poranka zanim przybyły rzesze turystów. Osoby, ktoóe miały szansę obejrzeć film pamiętają na pewno scenę, w której Leonardo widząc zatoke z wrażenia siada na piasku. Nasza reakcja była podobna...Plaża opuszczona przez turystów około 5 wieczorem robi pionorujące wrażenie. jeszcze lepiej wygląda w pelnym słońcu. Aby nacieszyć się nią całą grupą postanowilismy spać nie w namiotach ale pod gołym niebem. Oczywiście pobyt na plaży połączyliśmy z ogniskiem, gitarką, wspólnym spiewaniem.

Snorkling&Diving

Koh Phi Phi słynie jako raj dla nurków:) Miałam okazje sama się przekonać, że sława ta nie jest przesadzona. Bogactwo, które kryje się pod powierzchnią wody zadziwi każdego. Ilość firm oferujących kurs nurkowania na tej małej wyspie również:) Mieliśmy szczęście i trafiliśmy na prawdziwych profesjonalistów. Instruktorzy, z którymi pływałam sprawili, że nurkowanie na 12 metrach nie było bardziej stresujące niż spacer w Tatrach. Polecam!!!

Jeśli chodzi o snorkling, niewiele ustępuje samemu nurkowaniu...Jeszcze przez parę dni po nim czułyśmy na skórze małe nacięcia będące wynikiem bliskiego spotkania z ławicą tysiąca rybek:)

Asia

środa, 20 lutego 2008

jedziemy do Tajlandii:)

Tym razem tylko króciutko. W poniedziałek wróciłyśmy z Koh Phi Phi, było bosko... Spędziłyśmy na przykład noc na plaży z "The Beach", nurkowałyśmy na pięknych rafach koralowych , poddałyśmy się tradycyjnemu masażowi tajskiemu (bardzo osobliwe przeżycie:). Teraz mamy 2 dni w szkole, podczas których zaliczamy wszelkie możliwe prace domowe, prezentacje i testy. Jutro 6 a.m. kolejna przygoda- wylot do Bangkoku :)) a później zwiedzanie północnej części Tajlandii. Tak spędzimy tutejsze ferie:) Wracamy 3 marca, relacja będzie obszerna!

środa, 13 lutego 2008

Bali



Ok. 21 udało nam się wylądować na Bali. Stwierdzenie „udało się” nie zostało tu bynajmniej użyte przypadkowo, bowiem leciałyśmy Garuda Indonesia Airlines które rozbijają się zaledwie w 10 przypadkach na 100 :PP (chodzi o przypadki kiedy już uda im się wzbić w to powietrze :) )


Razem z towarzyszącymi nam Hiszpanami, Alexem i Josepem, udałyśmy się do hotelu. Przez pierwsze dwa dni mieszkaliśmy w Kucie-największym turystycznym kurorcie na wyspie. Jak wiadomo takie kurorty nie są zbyt przytulne, było to jednak dobry punkt do codziennych wypraw. Wynajęliśmy samochód z kierowcą i całkowicie poświęciliśmy się zwiedzaniu skarbów BaliJ


Wcześniej wydawało nam się, że Bali to przede wszystkim plaże jednak kolejne dni pokazywały jak bardzo się myliłyśmy! Bali jest wyspą niesamowicie bogatą pod względem kulturowym. Świadczy już o tym liczba świątyń, która na tej czteromilionowej wyspie sięga 25 tysięcy!!!! W każdym mieście (a raczej wiosce) buduje się ich kilkanaście, zawsze ku czci Trójcy reprezentującej bóstwo wody, powietrza i ziemi. Mieliśmy szansę zobaczyć te magiczne, sięgające XI stulecia świątynie, poczuć atmosferę kipiącego kulturą Ubud; zjeść obiad mając przed sobą niesamowity widok uśpionego wulkanu, przyjrzeć się uprawie ryżu na ciągnących się kilometrami tarasach, orzeźwić u stóp najwyższego na wyspie wodospadu, otrzymać błogosławieństwo z rąk tamtejszych kapłanów czy obejrzeć najpiękniejszy zachód słońca jaki można sobie wyobrazić…


Co do bardziej przyziemnych doświadczeń :) najbardziej ekstremalne wiązały się chyba z kupowaniem czegokolwiek. Ten naród po prostu nie potrafi powstrzymać się przed próbą oskubania turystów z posiadanych przez niego pieniędzy!!!! Po pierwszym dniu udało nam się zorientować ile, co powinno tam kosztować. Namęczyłyśmy się przy tym niemiłosiernie…zanim zeszło się z 600 000 RP na 60 000 mogło to potrwać nawet 15 minut…ile się człowiek przy tym nasłuchał „BEST PRICE, BEST PRICE!!!! Already cheap!!” :)Muszę przyznać, że w Azji robią się z nas coraz lepsze negocjatorkiJ Jak się okazało, odcinanie ostatniego zera lub dzielenie przez 10 pierwszej proponowanej na Bali ceny to zupełna norma :) Kiedy duch był już usatysfakcjonowany bogactwem kulturowym, ciało zaczęło domagać się uwagi:)


Naszym głównym założeniem było znalezienie wyśnionej przez nas plaży o lazurowej wodzie, drobnym piaseczku i zaledwie paru turystach opalających się pod palmami. W celu zrealizowania tak wysoko postawionego zamierzenia udałyśmy się na pobliską wyspę Nusa Lembongan. I to był strzał w dziesiątkę, co zresztą widać na załączonym obrazku:)


Następne trzy dni były prawie, jak z bajki… Czas upływał nam na opalaniu się w gorącym, balinezyjskim słońcu z koktajlem w jednym ręku i książeczką w drugiej. W ramach ochłody pływałyśmy w błękitnym morzu.


Wieczorami oglądałyśmy zachód słońca, jedząc obiad na specjalnie zbudowanym w tym celu tarasie , rankiem piłyśmy moją ukochaną, przepyszna kawę balinezyjską, patrząc na morze. Żyć nie umierać:)


Właściciel bardzo nas polubił:) zresztą trzeba dodać, że mieszkałyśmy u niego w domu, bo wszystkie domki były już zajęte:) więc miałyśmy dużo szczęście. Drugiego dnia, w przerwie od wylegiwania się na naszej rajskiej plaży, lokalni zabrali nas na wycieczkę po dwóch okolicznych wyspach i pokazali miejsca nie odwiedzane przez turystów. Na wyspie poruszać można się wyłącznie na skuterach, więc to dodaje jej uroku:) wszyscy, ale absolutnie wszyscy mieszkańcy żyją z połowu wodorostów, które ususzone sprzedają na pobliską Bali.


Inną ciekawostką jest informacja, którą przekazał mi poznany Francuz robiący interesy w Indonezji. Obcokrajowcy, którzy mają tam firmę, muszą płacić każdorazowo 15 000 USD wjeździe do Indonezji , no ciekawy sposób na dorobienie

To chyba koniec wieści z Indonezji...