Ok. 21 udało nam się wylądować na Bali. Stwierdzenie „udało się” nie zostało tu bynajmniej użyte przypadkowo, bowiem leciałyśmy Garuda Indonesia Airlines które rozbijają się zaledwie w 10 przypadkach na 100 :PP (chodzi o przypadki kiedy już uda im się wzbić w to powietrze :) )
Razem z towarzyszącymi nam Hiszpanami, Alexem i Josepem, udałyśmy się do hotelu. Przez pierwsze dwa dni mieszkaliśmy w Kucie-największym turystycznym kurorcie na wyspie. Jak wiadomo takie kurorty nie są zbyt przytulne, było to jednak dobry punkt do codziennych wypraw. Wynajęliśmy samochód z kierowcą i całkowicie poświęciliśmy się zwiedzaniu skarbów BaliJ
Wcześniej wydawało nam się, że Bali to przede wszystkim plaże jednak kolejne dni pokazywały jak bardzo się myliłyśmy! Bali jest wyspą niesamowicie bogatą pod względem kulturowym. Świadczy już o tym liczba świątyń, która na tej czteromilionowej wyspie sięga 25 tysięcy!!!! W każdym mieście (a raczej wiosce) buduje się ich kilkanaście, zawsze ku czci Trójcy reprezentującej bóstwo wody, powietrza i ziemi. Mieliśmy szansę zobaczyć te magiczne, sięgające XI stulecia świątynie, poczuć atmosferę kipiącego kulturą Ubud; zjeść obiad mając przed sobą niesamowity widok uśpionego wulkanu, przyjrzeć się uprawie ryżu na ciągnących się kilometrami tarasach, orzeźwić u stóp najwyższego na wyspie wodospadu, otrzymać błogosławieństwo z rąk tamtejszych kapłanów czy obejrzeć najpiękniejszy zachód słońca jaki można sobie wyobrazić…
Co do bardziej przyziemnych doświadczeń :) najbardziej ekstremalne wiązały się chyba z kupowaniem czegokolwiek. Ten naród po prostu nie potrafi powstrzymać się przed próbą oskubania turystów z posiadanych przez niego pieniędzy!!!! Po pierwszym dniu udało nam się zorientować ile, co powinno tam kosztować. Namęczyłyśmy się przy tym niemiłosiernie…zanim zeszło się z 600 000 RP na 60 000 mogło to potrwać nawet 15 minut…ile się człowiek przy tym nasłuchał „BEST PRICE, BEST PRICE!!!! Already cheap!!” :)Muszę przyznać, że w Azji robią się z nas coraz lepsze negocjatorkiJ Jak się okazało, odcinanie ostatniego zera lub dzielenie przez 10 pierwszej proponowanej na Bali ceny to zupełna norma :) Kiedy duch był już usatysfakcjonowany bogactwem kulturowym, ciało zaczęło domagać się uwagi:)
Naszym głównym założeniem było znalezienie wyśnionej przez nas plaży o lazurowej wodzie, drobnym piaseczku i zaledwie paru turystach opalających się pod palmami. W celu zrealizowania tak wysoko postawionego zamierzenia udałyśmy się na pobliską wyspę Nusa Lembongan. I to był strzał w dziesiątkę, co zresztą widać na załączonym obrazku:)
Następne trzy dni były prawie, jak z bajki… Czas upływał nam na opalaniu się w gorącym, balinezyjskim słońcu z koktajlem w jednym ręku i książeczką w drugiej. W ramach ochłody pływałyśmy w błękitnym morzu.
Wieczorami oglądałyśmy zachód słońca, jedząc obiad na specjalnie zbudowanym w tym celu tarasie , rankiem piłyśmy moją ukochaną, przepyszna kawę balinezyjską, patrząc na morze. Żyć nie umierać:)
Właściciel bardzo nas polubił:) zresztą trzeba dodać, że mieszkałyśmy u niego w domu, bo wszystkie domki były już zajęte:) więc miałyśmy dużo szczęście. Drugiego dnia, w przerwie od wylegiwania się na naszej rajskiej plaży, lokalni zabrali nas na wycieczkę po dwóch okolicznych wyspach i pokazali miejsca nie odwiedzane przez turystów. Na wyspie poruszać można się wyłącznie na skuterach, więc to dodaje jej uroku:) wszyscy, ale absolutnie wszyscy mieszkańcy żyją z połowu wodorostów, które ususzone sprzedają na pobliską Bali.
Inną ciekawostką jest informacja, którą przekazał mi poznany Francuz robiący interesy w Indonezji. Obcokrajowcy, którzy mają tam firmę, muszą płacić każdorazowo 15 000 USD wjeździe do Indonezji , no ciekawy sposób na dorobienie
To chyba koniec wieści z Indonezji...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz