wtorek, 11 marca 2008

Chiang Mai i trekking w Mae Hong Son

Monika:

Szczerze mówiąc, myślałam, że po Sukothai nic mnie już nie zachwyci ale myliłam się. Zachycił nas trecking w Mae Hong Song, choć zupełnie w inny sposób; zaciekawił Chiang Mai i dyskusje z tamtejszymi mnichami; wreszcie zdziwił Bangkok, nie zawsze pozytywnie.


Ale po kolei:



Chiang Mai to piękne miasto, z niezliczonymi Świątyniami i niezliczoną ilością mnichów buddyjskich, zwłaszcza o 6 rano:) bo trzeba wspomnieć, że aktywność mnichów jest największa o tej porze dnia. Chętnym opowiem jak wygląda życie mnicha buddyjskiego i stereotypach z nim związanych. Jedną z ciekawostek jest np. fakt, że mogą jeść jedynie do 12.00 w południe!! Przez resztę dnia, aż do świtu następnego dnia, musza pościć.
Z Chiang Mai do Mae Hong Son, chcieliśmy jak na oszczędnych studentów przystało, dojechać lokalnym autobusem. Co to był za błąd, okazało się zaraz po wejściu do autobusu. Otóż był do pojazd z kompletnie nie działającymi amortyzatorami, za to klimatyzacja działała wyśmienicie. Mieliśmy 15 stopni w autobusie plus shaking gratis:) Generalnie plan był taki, by w autobusie wyspać się przed 3 dniowym treckingiem. Plan nie wypalił.
Dojechaliśmy do MHS około 5.15 i przewodnik na nas nie czekał. Zapomniał nastawić budzika. Ale okazał się być naprawdę przemiłym facetem i świetnym przewodnikiem. Ma w MHS kawiarenkę z mini biurem podróży "Sunflower cafe" i wszystkim polecam to miejsce i trecking organizowany przez Mr. Wee'a!
Trecing rozpoczał się od... przespania się na podłodze kawiarni:) rozłożyliśmy koce i poduszki, i możecie mi wierzyć, te 2 godziny na podłodze były dla nas najwspanialszymi godzinami snu ever! :) Około 9 rano dostaliśmy jajecznicę i gorącą czekoladę i rozpoczęliśmy trecking. W prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Najpierw mieliśmy tzn część komercyjną:) Składał się na nią bamboo rafting, czyli przemierzanie rzeki na bambusowych traftach; trecking na słoniach oraz wizyta we wiosce tzw. long necks. Bamboo rafting był zabawny, ale dość nudny, w końcu ile można piszczeć przy zakręcie na rzece czy obserwując sąsiadnią, tonącą tratwę. Tak, tak Josep, Katalończyk okazał się trochę za ciężki jak na Azjatyckie warunki:) Jego przewodnik był młody i wiózł turystów poraz pierwszy. W zwiazku z tym był przerażony, że jego tratwa tonie i jest kompletnie niesterowna. Inny lokalni, zamiast pomóc śmiali się do rozpuku.







Słonie były prze słodkie, ale niestety te trecingki są dość skomercjalizowane. Nasz podejrzewam i tak był nienajgorszy pod względem. Słonie nie miały śmiesznych kubraczków, nie były tresowane, żyją sobie w symbiozie z lokalnymi. Było to dużo przeżycie przejechać się na takim ogromnym słoniu. Jak się okazało, jest to mega niewygodny środek transportu aczkolwiek uroczy. Nasza słonica była młodą mamą, w związku tym przez całą podróż towarzyszył nam malutki słonik. Byliśmy zatem najwolniejszą grupą. No bo jak malutki przestawał jeść, jeść zaczynała mamusia:)
Jeśli miałabym wybrać co było moim największym rozczarowaniem w Tajlandii, to była to z pewnością wioska Long Necks. W Tajlandii zostały 3 takie wioski. Wszystki zostały kupione przez prywatnych inwestorów i prosperują jak przedsiębiorstwa. Nie mają w sobie niczego z tajemniczości i wyjątkowości miejsc odkrytych kiedyś przez Jim'ego Thompsona. Długoszyje kobiety zarabiają grosze, żyjąc niemal jak w ZOO. Ogrom turystów, jaki odwiedza te miejsca codziennie fotografuje się z kobietami i targany wyrzutami sumienia robi zakupy na prowadzonym, przez nich targu. My też tak postąpiliśmy. Jedynym miłym akcentem wycieczki był fakt, ze okazało się, że mam naturalnie szyję tak długą jak wiele kobiet, które w wiosce rozciągają ją pierścieniami przez całe życie. Hmmm potraktowałam to jako komplement.
Z wioski pojechaliśmy jeszcze samochodami by dokonać ostatniej powinności turystów. Mianowicie obdarować cukierkami 700 dzieci zamieszkujących jednyną poligamiczną wieś w Tajlandii. Statystyki są następujące: do 5 żon na męźczyznę, średnio 5 dzieci na kobiętę. Gdy męźczyzna chce pojąć następną kobietę za żonę, zawsze musi zapytać o zgodę żony dotychczasowe. Gdy chce spędzić noc np z 5 żoną, powinien najpierw zadowolić żony z numerami 1, 2, 3 i 4. Nie trudno zgadnąć kto jest poszkodowany:) Wioska była jak zwykle w tej części Tajlandii bywa bardzo uboga i przeludniona. Jednak zaczęliśmy powoli odkrywać, jak wygląda prawdziwe życie mieszkańców regionu. Ba zaczęśliśmy nawet w nim uczestniczyć!
Z plecakami udaliśmy się w góry, by jeszcze przed zmrokiem dojść do wioski w której spędzimy noc. Lokalni przyjęli nas niezwykle ciepło. Najpierw wszyscy siedzieliśmy w jednej izbie, przy ognisku. W sąsiednich domach gotowała się dla nas kolacja:) Spać mieliśmy po 3 osoby, każdy u innej rodziny, razem z mieszkańcami domost. I dokładnie w takich samych warunkach. Mieliśmy koce, podłogę i cudowny wieczór, który spędziliśmy ze wspaniałymi ludźmi. Nie mówili słowa po angielsku a mimo wszystko rozmawiało nam się świetnie:) Piliśmy oryginalną wódkę ryżową popijając tajską herbatą.




Jednak jak się później okazało, każdy z nas po cichu cieszył się, że jest tu tylko na "wycieczce", że nie musi całe życie spać na podłodze, żyć bez bieżącej wody, w obawie przed malarią, w zasadzie bez perspektyw. Jednocześnie wszyscy zauważyliśmy, że Ci ludzie są szczęsliwi.
Prawdą jest, że wioska współpracuje z naszym przewodnikiem oferując gościnę w zamian za niewielkie sumy. Meźczyzni z wioski dorabiają jako przewodnicy i tragarze na treckingach (nie ma to charakteru komercyjnego, grupy docierają tam rzadko). Jest to jednak dla nich dodatkowe, dość pokaźne źródlo dochodów. No i powstaje dylemat. Powinniśmy się cieszyć, że tam byliśmy, bo może dzięki naszym pieniądza będzie im się żyło trochę lżej, czy może powinniśmy nie naruszać ich spokoju i pozostawic tereny nienaruszone? Do tej wioski przed 2 laty dotarła elektryczność. Na razie niemieli telewizorów, ale myślę, żę to kwestia czasu. Za kilkanaście lat, pewnie przestanie być uroczym, ukrytym w górach miejscem. Pewnie zacznie być dobrze prosperującym biznesem...


Rano w wiosce zjedliśmy z miejscowymi śniadanko, a później spędziliśmy 3 godzinki w tamtejszej szkole:) Bawiliśmy się z dzieciakami i ćwiczyliśmy piosenki po angielsku. Myślę, że zarówno one jak i my świetnie się bawiliśmy. Około 11 wyruszyliśmy wszyscy w góry. Przed nami parę godzin drogi, muszę przyznać z perspektywy czasu - nie bylejakiej:)


Momentami zastanawiałam się czy przypadkiem to nie jest wliczone w cenę, ze lokalni prowadza nas po najbardziej ekstremalnych miejscach w dżungli:) A niech mają, jak im się treckingu zachciało. Ale chyba jednak nie mieli wyboru. przedzieraliśmy się przez wszystkie możliwe zarośla, przedostawaliśmy przez rwące rzeki brodząc często po pas, wspinaliśmy po skałach lub zsuwaliśmy razem z ziemią jak już nie było jak schodzić:) Mieliśmy przy tym jednak niezły ubaw no i każdy dostał przygodę, jakiej oczekiwał. Około 17 dotarliśmy do miejsa, gdzie mieliśmy stworzyć obozowisko. Na razie było tam wielkie nic:) Jakie jest pierwsze miejsca o które pytają dziewczyny po podróży? Oczywiscie łazienka. No i była, najwspanialsza, jaką można sobie wyobrazić! i w 100 naturalna:P

Muszę przyznać, że kąpiel w wodospadzie to jedno z moich najmilszych wspomnień z trecingu:)

Pisałam, że obozowisko trzeba było stworzyć i tu wyszło szydło z worka. Okazało się jak bardzo jesteśmy ułomnie w porównaniu z lokalnymi. Stworzyli oni od początku: długi podest do spania z zadaszeniem, stół na 12 osób, ławki, kubki, talerze, miski, dzbanki i inne gadzety:) wszystko z bambusa. Dla mnie było to niewiarygodne, co może stworzyć człowiek w ciągu 2 godzin przy pomocy dobrego noża no i mając drzewo bambusowe:) Mam swój bambusowy kubek na pamiątkę! Wieczorem zjedliśmy pyszną kolację, zrobioną na wielkim ognisku, podaną w bambusowych naczyniach. Po raz kolejny raczyliśmy się wódką ryżową i słuchaliśmy śpiewów naszych przewodników. Naprawdę było niesamowicie. Potem połozyliśmy się spać, niemal pod gołym niebem, w środku lasu. Nie powiem, że to nie bylo ekscytujące. Jednak w północneh Tajlandii w górach jest zimno, i to mimo koców, śpiworów i bluz. Ale daliśmy radę!


Myślę, że opowieści z trecingu pora kończyć. Trudno tak naprawdę ująć w słowa te wszystkie nasze wrażenia i wspomninia ale mam nadzieję, że trochę mi się udało.


na koniec muszę jeszcze opisać, kto to wszystko popełnił i wszystkiego doświadczył oprócz mnie i Asi:)
Alba Carré Colls (Hiszpania), Alex Rich (Hiszpania), Amandine Dhennin (Francja, Kanada), Beth Evenson (USA), Caterina Castellani (Włochy), Josep Rosàs (Hiszpania), Leslie Senfftleben (Francja), Maena Bonilla (Hiszpania), Mikolaj Marchewka, Mylène Ménard (Kanada) , Olivier Brzezicki (Francja, Polska)

Dla tych, którzy mają facebooka, polecam film ze wspomnieniami:
kończę, bo idziemy na imprezę - w najfajnieszym klubie w mieście: St. James :)


Brak komentarzy: