Hanoi
Stolica Wietnamu przywitała nas w niecodzienny sposób. Był on zapowiedzią paru nieprzyjemnych sytuacji, które nas spotkały w ciągu najbliższych dni...Po pierwsze taksówkarze w Hanoi wraz z niektórymi hotelami zawarli współpracę, której głównym celem jest zarobienie na naiwnych turystach. Współpraca ta polega na tym, iż wspomnieni taksówkarze zawożą niczego nieświadomych obcokrajowców np. do Backpacker's Hotel zamiast Backpacker's Hostel. W zamian dostają prowizję za każdego pozyskanego w ten sposób klienta. Na szczęście my byliśmy za sprytni, aby dać się nabrać:)
Do innych nieco egzotycznych sytuacji należało np. wysadzenie nas na moście, który zdaniem kolejarza uchodził za stację kolejową, odmówienie wydania śniadania w hotelu z uwagi na niedziałającą kuchenkę itp:)
Samo miasto może również uchodzić za egzotyczne. Tysiące ludzi zbiera sie codziennie na jego chodnikach, które tutaj wydają sie być zarezerwowane nie dla pieszych, ale dla klientów jednoosobowych ulicznych restauracji, czyli kobiet sprzedających przygotowane przez siebie posiłki. Każdy ma tu swój czerwony stołeczek, na którym siada wraz ze znajomymi.
Piesi w Wietnamie są upośledzeni nie tylko na chodnikach, ale również na przejściach dla pieszych. Zastanawiam się często czy nasza polska zebra jest tu tylko martwym wynalazkiem Zachodu, nieznajdującym w Azji zastosowania. Nie wiem ile razy zostałyśmy prawie przejechane próbując dostać się na drugą stronę ulicy...
W Hanoi spędziłyśmy w sumie jeden dzień. Zaraz po jego zwiedzeniu wybrałyśmy się na samą północ kraju, do Sapy...
Sapa
W tej przepięknej części Wietnamu spędziłyśmy dwa dni. Ta kraina zaskoczyła nas po pierwsze pogodą, po drugie przywiązaniem do tradycji. Wystarczyło dziesięć godzin jazdy pociągiem, aby znaleźć się w miejscu, w którym postęp technologiczny zdaje się nie mieć jeszcze wielkiego znaczenia, w którym czas stanął na chwilę w miejscu...
Sapę zwiedzałyśmy głównie na piechotę, wędrując od wioski do wioski. Szczerze powiedziawszy nie byłyśmy przygotowane na kolejny trekking. Tym bardziej, że Monika miała stłuczoną nogę. Niestety agenci turystyczni w Hanoi zdają sie nie informować turystów jak naprawdę wygląda zwiedzanie północy Wietnamu z ich przewodnikami. Razem z Moniką, towarzyszącymi nam Alisson i Weroniką i naszym przewodnikiem przemierzaliśmy codziennie kilkanaście kilometrów brodząc w niektórych miejscach w błocie, w innych starając sie utrzymać równowagę na zboczach gór lub krawędziach pól ryżowych.
Pierwszego dnia podróży towarzyszyła nam grupa około dziesięciu kobiet z plemienia Black H'mong. Nieco dziwnie czułyśmy się, gdy liczba osób zajmujących sie nami przeważała nas dwa razy:) oczywiście nie ma nic za darmo. Na koniec wspólnej części trekkingu każda z nich wyjęła wyszywane przez siebie ręcznie portfele, torebki itp. Nie miałyśmy w ogóle problemu z kupieniem czegoś od nich. Po pierwsze dlatego, iż każda z nich wniosła coś w naszą podróż. Ich towarzystwo pozwoliło nam naprawdę poczuć nieco specyfikę tego wyjątkowego miejsca i tych ludzi. Po drugie dlatego, że ceny tych rzeczy nie przekraczały możliwości naszych portfeli.
W jednej z licznych wioseczek spędziłyśmy noc. Najprzyjemniejsza rzeczą, nie biorąc po uwagę pysznego jedzenia i uwielbianych przez Monię springrolsów, były ciepłe źródła, w których mogłyśmy nieco ulżyć naszym umęczonym stopom:)
Drugi dzień polegał przede wszystkim na spinaczce. Umęczone dwudniową podróżą wróciłyśmy do Hanoi, aby stamtąd udac się do Halong Bay...
Halong Bay
Ostatnie miejsce, które zwiedziłyśmy w północnym Wietnamie uchodzi za jedno z najpiękniejszych w tym kraju. Niestety nie miałyśmy z dziewczynami szczęścia...prawie ani razu słońce nie wyjrzało zza chmur, a w tej zatoce jest ono jednak niezbędne aby docenić jej piękno. W Halong Bay naliczono się ponad trzech tysięcy malutkich wysepek, dzięki którym to miejsce zalicza się do światowego dziedzictwa. Ponoć jej piękno wprawia w osłupienie, niestety tego potwierdzic nie możemy...pięknie jest, ale dopiero słońce pomaga to piękno docenić w pełni:)
ASIA
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz