środa, 16 kwietnia 2008

"Buy for me" czyli idea shoppingu w Azji

"Buy for me" to zdanie w Azji słyszy się najczęściej. Ludzie, często dzieci zdaniem z takim błędem przekonują turystów żeby u nich kupować. Jednak to zdania ma sens. Bardzo często kupuje się rzeczywiście dla nich. Albo z litości albo zeby się mówiąc kolokwialnie - odczepili.

Jak można odmówić dziecku, które od najmłodszych lat wysyłane jest żeby nagabywać turystów. Często brudne z uwieszonym młodszym rodzeństwem na plecach. Wtedy "buy for me" nabiera innego znaczenia.

Wielu z nas (mam na myśli exchange students) współczuła na początku bardzo wszystkim tym ludziom i bardzo często kupowaliśmy te rzeczy robione przez nich a niestety bezużyteczne. Po czasie jednak spotkałam się z wieloma kontrowersyjnymi opiniami, łącznie z taką, że Ci ludzie są leniwi i nie chce im się pracować. Myślę, że absolutnie nie można generalizować ale niestety jest w tym ziarnsko prawdy. Mentalność ludzi w Azji Płd Wsch jest dość specyficzna. Siedzą oni całymi dniami na ulicach sprzedając w większosci takie same towary na ciagnacych się kilometrami straganach. I nikomu nie przyjdzie do głowy ze moze turysci chetniej kupiliby lody czy zimne napoje niz np setna zrobiona recznie torebeczke czy husteczke:)

Ma to swój urok, tylko przecież sprawia, że ludzie Ci nie mają z czego zyć. A wierzcie mi mogliby bardzo korzystać z popularności jaką maja ich kraje wsród turystów...

wtorek, 15 kwietnia 2008

ostatnia przygoda- Laos i Kambodża

Pakujemy się właśnie z Asią...

Po pierwsze nasz kochany SWISS dał nam limit 20 kg plus 7 kg ręcznego więc niemożliwe jest się zmieścić:P Wysylamy więc rzeczy do Polski, przynajmniej część.

Poza tym dziś wyruszamy w nasza ostanią podróż. Spędzimy 18 dni w Laosie i Kambodży. Nie możemy się wprost doczekać tej wycieczki od samego początku. Trzymajcie kciuki, żebyśmy się godnie pożegnały z Azją:)

Wracamy do Singu 4 maja i już 6 lecimy do kraju.

Na pewno będzie jeszcze duuużo wpisów a propos ostatniej wyprawy, odnośnie SMU oraz oczywiście ludzi z wymiany...

ależ ciężko będzie to zostawiać!

Pualu Tioman

W sobotę wróciłyśmy z Asią z pięknej wyspy malezyjskiej Tioman. Pojechałyśmy tam... uczyć się do sesji w przyjemnej atmosferze:P Jak można się było spodziewać z nauką było kiepsko za to przyjemnej atmosfery miałyśmy aż nadto:))

Muszę tutaj nas usprawiedliwić, że naprawdę chciałyśmy się uczyć! W tym celu zabrałyśmy na wyspę książki, ogrom notatek itd. I nawet zdecydowałyśmy się, nie jechać z nikim z exchangów żebysmy były same i mogły się poświęcić Analasis of Derivatives Securities:P

Poświęciłyśmy się jednak opalaniu (efekty możecie podziwiać na fotach na Picasie:), pływaniu w turkusowej wodzie, bieganiu bo białym piaseczku i jedzeniu świeżych owoców morze... ehhh było błogo...

Sama wyspa jest bardzo blisko Singapuru, jeśli dobrze wybierze się środki transportu to można się tam dostać w 6 godzin za ok 15 SGD lub w 45 minut za 200 SGD (wersja burżujska:) my wybrałyśmy pierwszą. Po raz kolejny ujawnił się nas spryt polski:P otóż wszyscy do tej pory dali się nabrać taksówkarzom, który zdzierali po 150 ringetów (ponad 100 PLN) dowózkę do portu mowiac ze autobusem trwa to 2 razy dłużej. Okazało się, że autobus jedzie tyle samo a bilet jest 20 krotnie tańszy. Hehe ale w Azji często się to niestety zdarza, że żerują na naiwnych turystach.

Myślę, że wyspy Tioman nie trzeba jakoś szeroko opisywać. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia. Jest to typowy przykład paradise ze ślicznymi plażami, palmami, błękitną wodą i cudnymi rafami kolarowymi. Snorkling i diving tam jest genialny. Poza tym flora i fauna na Tiomanie jest niezwykle bogata. Cała wyspa jest gęstą dzunglą, można wziąć przewodnika i się przez nią przedzierać:)

Egzamin poszedł nam dobrze choć Azjaci, którzy spędzili cały tydzień ucząc się do egzaminu, patrzyli na nas troszkę dziwnie, jak opalone i roześmiane sie pojawiłyśmy opowiadając o Tiomanie.

No ale to przywilej international student:)

poniedziałek, 24 marca 2008

Wietnam: Hoi An oraz Ho Chi Minh (Sajgon)

Monika:

Z Hanoi, po 4 dniach intensywnego zwiedzania północy złapałyśmy nocny pociąg i pognałyśy na południe. W Wietnamie pociągi dzielą się na 2 kasy: soft beds lub hard beds. Obie klasy są niewygodne , co nijak ma się do wysokiej ceny biletów (Hanoi-Hoi An=64 USD:/).

Rzecz jasna w pociągu próbowano nas okraść itd ale jako sprytne Polki się nie dałyśmy:)

Hoi An przywitało nas nareszcie piękna pogodą. I szczerze mówiąc można poczuć pewną różnicę między komunistyczna północą a bardziej liberalnym południem. Przede wszystkim zabudowa nie jest taka szara i betonowa a ludzie są bardziej uśmiechnięci i zrelaksowani.

Generalnie w Wietnamie daje się odczuć propagandę komunistyczną ale na mniejszą skalę niż to miało miejsce np w PRL (wiem z opowieści rodziców:). W pociągach puszczają propagandowe wystąpienia, wszędzie wisza plakaty Ho Chi Minha a na ulicach propagandowe plakaty z hasłami komunistycznymi. W sklepach jest jednak sporo innych artykułow poza octem:)

Hoi An w przeszłości było centrum kulturowym i intelektualnym. Teraz jest centrum turystyczny ale wciąż zachowało niepowtarzalny klimat i urok. Cała zabudowa miasteczka jest utrzymana w żółtych ciepłych barwach. Jest tam niezliczona ilość małych kawiarenek, restauracji czy galerii. Można np uszyć sobie płaszcz za 30 USD, czego nie omieszkałyśmy uczynić. Co ciekawe potrafią uszyć płaszcz w ciągu 24 godzin! Całe rodziny pracują szyjąc ubrania i buty. Inne rodziny malują piękne ikony czy rzeźbią. I muszę przyznać, ze są to rzeczy najwyższej jakości i bardzo stylowe. Więc jak już człowiek kupi piękny obraz czy ręcznie haftowany szal, zje przepyszne wietnamskie spring rollsy, kupi bury na miarę i płaszcz, wtedy można zrelaksować się na oddalonej o 10 minut jazdy na rowerze-plaży:))

Niespełna półgodziny drogi od Hoi An, zwiedziłyśmy My Son. Są to ruiny starożytnych Świątyni. W zasadzie w ostatnim czasie widziałam wiele ruin Świątyń więc nie zrobiły na mnie jakiegoś niesamowitego wrażenia. Natomiast miłym akcentem był niewątpliwie fakt, że to polski archelog i architekt -Kazimierz Kwiatkowski; odkrył i częściowo zrekonstruował to piękne miejsce. Zrekonstruował bo Amerykanie nie oszczędzali niestety zabytków podczas wojny.

Z Hoi An udalismy sie do Sajgonu. Tzn teraz zakazane jest uzywanie tej nazwy dla miasta, jako ze uncle Ho Chi, postanowił, w nagrodę za swe zasługi przechrzcić miasto i nazwać je Ho Chi Minh Citi...

Sajgon jest miastem bardziej niż azjatyckim. W zasadzie nie ma tam niczego ladnego w podstawowym znczeniu tego słowa, ale wszyscy są zachwyceni:) Dla mnie najciekawszym przeżyciem było z pewnością przechodzenie przez ulicę. Jeżeli kiedykolwiek Wam się wydawało, że na przejściu dla pieszych macie pierwszeństwo, zwłaszcza jeśli znajdujecie się na jego środku, to się myliliście. Nie istnieje w Sajgonie pojęcie przepuszczenia pieszych:) Nieskończona ilość pojazdów mknie po tym zakorkowanym mieście. Jeżeli więc zdarzy się, że musicie przejść przez ulicę, jest tylko jeden sposób: "zamknąć oczy i liczyć, że Cię wyminą" powiedział poznany Wietnamczyk.

Czy będę opisywać, co tam zwiedzaliśmy? Chyba nie, bo w ciągu jednego dnia oprócz tuneli udało nam się zobaczyć mało ciekawy Reunification Palace - okropny pomnik wietnamskiego komunizmu, szybko stamtąd uciekałyśmy:)

Bardzo ciekawe natomiast było zwiedzanie Cu Chi Tunnels. To 250 km2 tuneli zbudowanych by utrudniać życie Amerykanom. O ile pod względem teczniczym, miejsce budzi respekt; o tyle propagandowa aura, która je otacza jest delikatnie mówiąc irytująca.

Przede wszystkim film wyświatlany przed rozpocząciem zwiedzania, to w głównej bierze opisywanie kto zabił więcej Amerykańskich żółnierzy i kto zrobił to jak najbrutalniej. Nie więc dziwnego, że Amerykańscy turyści wychodzili. Ponadto w tunnels można zobaczyć niezliczone ilości pułapek, jakie Wietnamczycy zasadzali na Amerykanów... W stylu krzeseł zamykających się jak paszcza rekina czy dziur w ziemi z kolcami w środku. Wrzuce na youtuba filmiki o pułapkach. Zdumiewające jest jak Ci ludzie miesiącami żyli w tych tunelach, my weszłyśmy do tunelu o realnej wielkości (bo jest też zbudowany większy, dla amerykańskich turysów, którzy się nie zmieścili:) i było cięzko przejść nawet te kilkaset metrów pod ziemią na kuckach, strasznie to męczące!

Sajgon jest bardzo klimatycznym miejscem, do któego z pewnością będę chciała wrócić...

niedziela, 23 marca 2008

Północny Wietnam-Sapa, Hanoi, Halong Bay



Hanoi

Stolica Wietnamu przywitała nas w niecodzienny sposób. Był on zapowiedzią paru nieprzyjemnych sytuacji, które nas spotkały w ciągu najbliższych dni...Po pierwsze taksówkarze w Hanoi wraz z niektórymi hotelami zawarli współpracę, której głównym celem jest zarobienie na naiwnych turystach. Współpraca ta polega na tym, iż wspomnieni taksówkarze zawożą niczego nieświadomych obcokrajowców np. do Backpacker's Hotel zamiast Backpacker's Hostel. W zamian dostają prowizję za każdego pozyskanego w ten sposób klienta. Na szczęście my byliśmy za sprytni, aby dać się nabrać:)

Do innych nieco egzotycznych sytuacji należało np. wysadzenie nas na moście, który zdaniem kolejarza uchodził za stację kolejową, odmówienie wydania śniadania w hotelu z uwagi na niedziałającą kuchenkę itp:)

Samo miasto może również uchodzić za egzotyczne. Tysiące ludzi zbiera sie codziennie na jego chodnikach, które tutaj wydają sie być zarezerwowane nie dla pieszych, ale dla klientów jednoosobowych ulicznych restauracji, czyli kobiet sprzedających przygotowane przez siebie posiłki. Każdy ma tu swój czerwony stołeczek, na którym siada wraz ze znajomymi.
Piesi w Wietnamie są upośledzeni nie tylko na chodnikach, ale również na przejściach dla pieszych. Zastanawiam się często czy nasza polska zebra jest tu tylko martwym wynalazkiem Zachodu, nieznajdującym w Azji zastosowania. Nie wiem ile razy zostałyśmy prawie przejechane próbując dostać się na drugą stronę ulicy...

W Hanoi spędziłyśmy w sumie jeden dzień. Zaraz po jego zwiedzeniu wybrałyśmy się na samą północ kraju, do Sapy...

Sapa

W tej przepięknej części Wietnamu spędziłyśmy dwa dni. Ta kraina zaskoczyła nas po pierwsze pogodą, po drugie przywiązaniem do tradycji. Wystarczyło dziesięć godzin jazdy pociągiem, aby znaleźć się w miejscu, w którym postęp technologiczny zdaje się nie mieć jeszcze wielkiego znaczenia, w którym czas stanął na chwilę w miejscu...
Sapę zwiedzałyśmy głównie na piechotę, wędrując od wioski do wioski. Szczerze powiedziawszy nie byłyśmy przygotowane na kolejny trekking. Tym bardziej, że Monika miała stłuczoną nogę. Niestety agenci turystyczni w Hanoi zdają sie nie informować turystów jak naprawdę wygląda zwiedzanie północy Wietnamu z ich przewodnikami. Razem z Moniką, towarzyszącymi nam Alisson i Weroniką i naszym przewodnikiem przemierzaliśmy codziennie kilkanaście kilometrów brodząc w niektórych miejscach w błocie, w innych starając sie utrzymać równowagę na zboczach gór lub krawędziach pól ryżowych.
Pierwszego dnia podróży towarzyszyła nam grupa około dziesięciu kobiet z plemienia Black H'mong. Nieco dziwnie czułyśmy się, gdy liczba osób zajmujących sie nami przeważała nas dwa razy:) oczywiście nie ma nic za darmo. Na koniec wspólnej części trekkingu każda z nich wyjęła wyszywane przez siebie ręcznie portfele, torebki itp. Nie miałyśmy w ogóle problemu z kupieniem czegoś od nich. Po pierwsze dlatego, iż każda z nich wniosła coś w naszą podróż. Ich towarzystwo pozwoliło nam naprawdę poczuć nieco specyfikę tego wyjątkowego miejsca i tych ludzi. Po drugie dlatego, że ceny tych rzeczy nie przekraczały możliwości naszych portfeli.
W jednej z licznych wioseczek spędziłyśmy noc. Najprzyjemniejsza rzeczą, nie biorąc po uwagę pysznego jedzenia i uwielbianych przez Monię springrolsów, były ciepłe źródła, w których mogłyśmy nieco ulżyć naszym umęczonym stopom:)
Drugi dzień polegał przede wszystkim na spinaczce. Umęczone dwudniową podróżą wróciłyśmy do Hanoi, aby stamtąd udac się do Halong Bay...

Halong Bay

Ostatnie miejsce, które zwiedziłyśmy w północnym Wietnamie uchodzi za jedno z najpiękniejszych w tym kraju. Niestety nie miałyśmy z dziewczynami szczęścia...prawie ani razu słońce nie wyjrzało zza chmur, a w tej zatoce jest ono jednak niezbędne aby docenić jej piękno. W Halong Bay naliczono się ponad trzech tysięcy malutkich wysepek, dzięki którym to miejsce zalicza się do światowego dziedzictwa. Ponoć jej piękno wprawia w osłupienie, niestety tego potwierdzic nie możemy...pięknie jest, ale dopiero słońce pomaga to piękno docenić w pełni:)

ASIA

środa, 12 marca 2008

Bangkok


Po wizycie w Ayuthaya udałyśmy się do Bangkoku. Poszukiwanie hotelu trwało zadziwiająco krótko. Po trudach trekkingu marzyłyśmy o wygodnym łóżku i ciepłej kąpieli. Zatrzymałyśmy się w hotelu, który miał jedną wadę oraz wiele zalet...Wada była głośna muzyka, której źródłem była restauracja znajdująca sie na parterze budynku i która zmusiła nas na zmianę pokoju już po pierwszej nocy, no i może jeszcze fakt, że żaden taksówkarz lub kierowca słynnych tuk tuków nie wiedział gdzie się on znajduje.

Zwiedzanie

Pierwsze dni pobytu przeznaczyłyśmy oczywiście na obejrzenie najciekawszych miejsc Bangkoku. Bardzo szybko okazało się, że nasza tolerancja wobec kolejnych świątyń ma tendencję spadkową. ograniczyłyśmy się więc do obejrzenia tych najciekawszych. Największe wrażenie wzbudził w nas Grand Palace, budowany wysiłkiem całego ludu Tajlandii na przestrzeni 200 lat oraz świątynia Wat Pho z największym leżącym buddą. Dusit Park oraz Jim Thomson's House były miejscami, które warto było zobaczyć, ale nie wprawiły nas w zachwyt.

Shopping&Bargaining

Większość czasu, który spędziłyśmy w Bangokoku poświęciłyśmy na zwiedzanie nocnych i dzienny marketów. Trzeba przyznać, że jest to ulubiona czynność wszystkich turystów. większość z nich przyjeżdża do stolicy Tajlandii, aby zaopatrzyć się w większą ilość koszulek polo lub torebek D&G.
Niestety razem z shoppingiem łączy się barganing...Trzeba pamiętać, że ceny podawane przez sprzedawców są mniej więcej 3-5 razy większe niż "właściwe". Dotarcie do nich zajmuje jednak bardzo dużo czasu i energii. Zażartość negocjacji przywołuje na myśl walkę o przetrwanie. z jednej strony mamy sprzedawcę, który zarabia na życie, z drugiej turyste, który musi za coś opłacić następne podróże...Wydaje mi sie, że stroną która tak naprawdę częściej wychodzi z walki zwycięsko jest zawzięta Tajka. Grunt jednak, aby turysta odszedł od stoiska bez wiekszego szwanku finansowego.

Życie nocne

W Bangkoku część turystów, która nie przyjechała do miasta dla zakupów przyjechała tu dla klubów i innych "atrakcji". Najczęściej padającymi słowami na ulicach nocnego Bangkoku były "ping pong show"...

ASIA

wtorek, 11 marca 2008

Chiang Mai i trekking w Mae Hong Son

Monika:

Szczerze mówiąc, myślałam, że po Sukothai nic mnie już nie zachwyci ale myliłam się. Zachycił nas trecking w Mae Hong Song, choć zupełnie w inny sposób; zaciekawił Chiang Mai i dyskusje z tamtejszymi mnichami; wreszcie zdziwił Bangkok, nie zawsze pozytywnie.


Ale po kolei:



Chiang Mai to piękne miasto, z niezliczonymi Świątyniami i niezliczoną ilością mnichów buddyjskich, zwłaszcza o 6 rano:) bo trzeba wspomnieć, że aktywność mnichów jest największa o tej porze dnia. Chętnym opowiem jak wygląda życie mnicha buddyjskiego i stereotypach z nim związanych. Jedną z ciekawostek jest np. fakt, że mogą jeść jedynie do 12.00 w południe!! Przez resztę dnia, aż do świtu następnego dnia, musza pościć.
Z Chiang Mai do Mae Hong Son, chcieliśmy jak na oszczędnych studentów przystało, dojechać lokalnym autobusem. Co to był za błąd, okazało się zaraz po wejściu do autobusu. Otóż był do pojazd z kompletnie nie działającymi amortyzatorami, za to klimatyzacja działała wyśmienicie. Mieliśmy 15 stopni w autobusie plus shaking gratis:) Generalnie plan był taki, by w autobusie wyspać się przed 3 dniowym treckingiem. Plan nie wypalił.
Dojechaliśmy do MHS około 5.15 i przewodnik na nas nie czekał. Zapomniał nastawić budzika. Ale okazał się być naprawdę przemiłym facetem i świetnym przewodnikiem. Ma w MHS kawiarenkę z mini biurem podróży "Sunflower cafe" i wszystkim polecam to miejsce i trecking organizowany przez Mr. Wee'a!
Trecing rozpoczał się od... przespania się na podłodze kawiarni:) rozłożyliśmy koce i poduszki, i możecie mi wierzyć, te 2 godziny na podłodze były dla nas najwspanialszymi godzinami snu ever! :) Około 9 rano dostaliśmy jajecznicę i gorącą czekoladę i rozpoczęliśmy trecking. W prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Najpierw mieliśmy tzn część komercyjną:) Składał się na nią bamboo rafting, czyli przemierzanie rzeki na bambusowych traftach; trecking na słoniach oraz wizyta we wiosce tzw. long necks. Bamboo rafting był zabawny, ale dość nudny, w końcu ile można piszczeć przy zakręcie na rzece czy obserwując sąsiadnią, tonącą tratwę. Tak, tak Josep, Katalończyk okazał się trochę za ciężki jak na Azjatyckie warunki:) Jego przewodnik był młody i wiózł turystów poraz pierwszy. W zwiazku z tym był przerażony, że jego tratwa tonie i jest kompletnie niesterowna. Inny lokalni, zamiast pomóc śmiali się do rozpuku.







Słonie były prze słodkie, ale niestety te trecingki są dość skomercjalizowane. Nasz podejrzewam i tak był nienajgorszy pod względem. Słonie nie miały śmiesznych kubraczków, nie były tresowane, żyją sobie w symbiozie z lokalnymi. Było to dużo przeżycie przejechać się na takim ogromnym słoniu. Jak się okazało, jest to mega niewygodny środek transportu aczkolwiek uroczy. Nasza słonica była młodą mamą, w związku tym przez całą podróż towarzyszył nam malutki słonik. Byliśmy zatem najwolniejszą grupą. No bo jak malutki przestawał jeść, jeść zaczynała mamusia:)
Jeśli miałabym wybrać co było moim największym rozczarowaniem w Tajlandii, to była to z pewnością wioska Long Necks. W Tajlandii zostały 3 takie wioski. Wszystki zostały kupione przez prywatnych inwestorów i prosperują jak przedsiębiorstwa. Nie mają w sobie niczego z tajemniczości i wyjątkowości miejsc odkrytych kiedyś przez Jim'ego Thompsona. Długoszyje kobiety zarabiają grosze, żyjąc niemal jak w ZOO. Ogrom turystów, jaki odwiedza te miejsca codziennie fotografuje się z kobietami i targany wyrzutami sumienia robi zakupy na prowadzonym, przez nich targu. My też tak postąpiliśmy. Jedynym miłym akcentem wycieczki był fakt, ze okazało się, że mam naturalnie szyję tak długą jak wiele kobiet, które w wiosce rozciągają ją pierścieniami przez całe życie. Hmmm potraktowałam to jako komplement.
Z wioski pojechaliśmy jeszcze samochodami by dokonać ostatniej powinności turystów. Mianowicie obdarować cukierkami 700 dzieci zamieszkujących jednyną poligamiczną wieś w Tajlandii. Statystyki są następujące: do 5 żon na męźczyznę, średnio 5 dzieci na kobiętę. Gdy męźczyzna chce pojąć następną kobietę za żonę, zawsze musi zapytać o zgodę żony dotychczasowe. Gdy chce spędzić noc np z 5 żoną, powinien najpierw zadowolić żony z numerami 1, 2, 3 i 4. Nie trudno zgadnąć kto jest poszkodowany:) Wioska była jak zwykle w tej części Tajlandii bywa bardzo uboga i przeludniona. Jednak zaczęliśmy powoli odkrywać, jak wygląda prawdziwe życie mieszkańców regionu. Ba zaczęśliśmy nawet w nim uczestniczyć!
Z plecakami udaliśmy się w góry, by jeszcze przed zmrokiem dojść do wioski w której spędzimy noc. Lokalni przyjęli nas niezwykle ciepło. Najpierw wszyscy siedzieliśmy w jednej izbie, przy ognisku. W sąsiednich domach gotowała się dla nas kolacja:) Spać mieliśmy po 3 osoby, każdy u innej rodziny, razem z mieszkańcami domost. I dokładnie w takich samych warunkach. Mieliśmy koce, podłogę i cudowny wieczór, który spędziliśmy ze wspaniałymi ludźmi. Nie mówili słowa po angielsku a mimo wszystko rozmawiało nam się świetnie:) Piliśmy oryginalną wódkę ryżową popijając tajską herbatą.




Jednak jak się później okazało, każdy z nas po cichu cieszył się, że jest tu tylko na "wycieczce", że nie musi całe życie spać na podłodze, żyć bez bieżącej wody, w obawie przed malarią, w zasadzie bez perspektyw. Jednocześnie wszyscy zauważyliśmy, że Ci ludzie są szczęsliwi.
Prawdą jest, że wioska współpracuje z naszym przewodnikiem oferując gościnę w zamian za niewielkie sumy. Meźczyzni z wioski dorabiają jako przewodnicy i tragarze na treckingach (nie ma to charakteru komercyjnego, grupy docierają tam rzadko). Jest to jednak dla nich dodatkowe, dość pokaźne źródlo dochodów. No i powstaje dylemat. Powinniśmy się cieszyć, że tam byliśmy, bo może dzięki naszym pieniądza będzie im się żyło trochę lżej, czy może powinniśmy nie naruszać ich spokoju i pozostawic tereny nienaruszone? Do tej wioski przed 2 laty dotarła elektryczność. Na razie niemieli telewizorów, ale myślę, żę to kwestia czasu. Za kilkanaście lat, pewnie przestanie być uroczym, ukrytym w górach miejscem. Pewnie zacznie być dobrze prosperującym biznesem...


Rano w wiosce zjedliśmy z miejscowymi śniadanko, a później spędziliśmy 3 godzinki w tamtejszej szkole:) Bawiliśmy się z dzieciakami i ćwiczyliśmy piosenki po angielsku. Myślę, że zarówno one jak i my świetnie się bawiliśmy. Około 11 wyruszyliśmy wszyscy w góry. Przed nami parę godzin drogi, muszę przyznać z perspektywy czasu - nie bylejakiej:)


Momentami zastanawiałam się czy przypadkiem to nie jest wliczone w cenę, ze lokalni prowadza nas po najbardziej ekstremalnych miejscach w dżungli:) A niech mają, jak im się treckingu zachciało. Ale chyba jednak nie mieli wyboru. przedzieraliśmy się przez wszystkie możliwe zarośla, przedostawaliśmy przez rwące rzeki brodząc często po pas, wspinaliśmy po skałach lub zsuwaliśmy razem z ziemią jak już nie było jak schodzić:) Mieliśmy przy tym jednak niezły ubaw no i każdy dostał przygodę, jakiej oczekiwał. Około 17 dotarliśmy do miejsa, gdzie mieliśmy stworzyć obozowisko. Na razie było tam wielkie nic:) Jakie jest pierwsze miejsca o które pytają dziewczyny po podróży? Oczywiscie łazienka. No i była, najwspanialsza, jaką można sobie wyobrazić! i w 100 naturalna:P

Muszę przyznać, że kąpiel w wodospadzie to jedno z moich najmilszych wspomnień z trecingu:)

Pisałam, że obozowisko trzeba było stworzyć i tu wyszło szydło z worka. Okazało się jak bardzo jesteśmy ułomnie w porównaniu z lokalnymi. Stworzyli oni od początku: długi podest do spania z zadaszeniem, stół na 12 osób, ławki, kubki, talerze, miski, dzbanki i inne gadzety:) wszystko z bambusa. Dla mnie było to niewiarygodne, co może stworzyć człowiek w ciągu 2 godzin przy pomocy dobrego noża no i mając drzewo bambusowe:) Mam swój bambusowy kubek na pamiątkę! Wieczorem zjedliśmy pyszną kolację, zrobioną na wielkim ognisku, podaną w bambusowych naczyniach. Po raz kolejny raczyliśmy się wódką ryżową i słuchaliśmy śpiewów naszych przewodników. Naprawdę było niesamowicie. Potem połozyliśmy się spać, niemal pod gołym niebem, w środku lasu. Nie powiem, że to nie bylo ekscytujące. Jednak w północneh Tajlandii w górach jest zimno, i to mimo koców, śpiworów i bluz. Ale daliśmy radę!


Myślę, że opowieści z trecingu pora kończyć. Trudno tak naprawdę ująć w słowa te wszystkie nasze wrażenia i wspomninia ale mam nadzieję, że trochę mi się udało.


na koniec muszę jeszcze opisać, kto to wszystko popełnił i wszystkiego doświadczył oprócz mnie i Asi:)
Alba Carré Colls (Hiszpania), Alex Rich (Hiszpania), Amandine Dhennin (Francja, Kanada), Beth Evenson (USA), Caterina Castellani (Włochy), Josep Rosàs (Hiszpania), Leslie Senfftleben (Francja), Maena Bonilla (Hiszpania), Mikolaj Marchewka, Mylène Ménard (Kanada) , Olivier Brzezicki (Francja, Polska)

Dla tych, którzy mają facebooka, polecam film ze wspomnieniami:
kończę, bo idziemy na imprezę - w najfajnieszym klubie w mieście: St. James :)


poniedziałek, 10 marca 2008

TAJLANDIA - Kanchanaburi i Sukothai

Monika:

Przygoda pt "Tajlandia" rozpoczeła się 21 lutego na lotnisku. Udaliśmy się tam grupą 12 osób. Co jak się później okazało miało swoje dobre i złe strony:)

Niestety Polacy jak zwykle musieli się wyróżnić. Jako jeden z 19 krajów na świecie potrzebujemy wizy przy wjeździe do tego kraju. Pomijam już koszt, 1000 bathów czyli ok 80 PLN. Najśmieszniejsza była jednak obsługa:P dostawało się kartonik z numerkiem obklejony taśmą klejącą i won do kolejki! Ależ mieli ubaw z nas wszyscy exchange, którzy kulturalnie przechodzili standardową kontrolę paszportową.


Od samego początku naszy postanowieniem było zwiedzanie północnej części kraju. Jeszcze tego samego dnia nasza wspaniala grupa wynajęła vana i udaliśmy się na floating market. Jak się później okazało ten van miał być najbardziej komfortowym środkiem transportu jakim dane nam było podróżować przez najbliższe 10 dni! Floating Market, w wolnym tłumaczeniu market pływający to urocza odmiana robienia zakupów, która czyni go jednak rynkiem producenta:) Bowiem sprzedawcy wyposażeni są w kijaszki, którymi przyciągają sobie dowolnie wybrane łódeczki, oczywiście zawsze chętniej te z białymi turystami na pokładzie. Poza tym, że handluje się pływając na łódeczce, floating market jest do bólu typowym tajskim rynkiem, tak samo nas nabierali i tyle samo czasu musieliśmy spędzić na targowaniu się. Nawet o kiść bananów:)

Ten sam arcywygodny van zawiózł nas do Kanchanaburii. Co jest ciekawego w tym miasteczku? Jak się później okazało NIC. No może poza słynnym mostem na rzece Kwai. Zostaliśmy jednak w przemiłym guest house i wreszcie zrozumielismy czym są niskie ceny w Azji:) W hoteliku jednak na nasze nieszczęście była Pani organizująca wycieczki dla turystów do pobliskiego parku narodowego aby obejrzeć 9 wodospadów. Ulegliśmy. Moim zdaniem ta wycieczka była stratą czasu, biorąc pod uwagę ile jest pięknych miejsc w Tajlandii. Ale nie da się ukryć, że kąpiel u stóp wodospadu w przejrzystej wodzie, miała swój urok:)

Z Kanchanaburi wzieliśmy mniej wygodnego vana (niższy komfort polegał na tym, ze auto było 11 osobowe a nas było 12, więc ktoś był poszkodowany) i udaliśmy się do Sukothai. Nie chce tu nikogo zanudzać historią Tajlandii, więc wspomnę tylko, że dynastia Sukothai nazwana jest "złotym wiekiem Tajlandii", podczas jej trwania rozpowszechniono na przykład w architekturze styl Sukothai (można go podziwiać m.in. na moich fotkach, zachował się głównie w światyniach i pomnikach Buddy). Te najbardziej znane pomniki Buddy pochodzą właśnie z tego okresu.Sukothai zwiedzaliśmy na rowerach. Mimo, że jest to skrajnie turystyczne miejsce, nic nie jest w stanie popsuć jego uroku i potęgi. No ale to trzeba zobaczyć...








środa, 5 marca 2008

Marek Socha jest wśród nas:)

Wczoraj do Singu zawitał Marek S oraz Piotrek R!:) Obecnie w mieszkaniu na Leonie Hill Road zamieszkuje 13 osób:) Oprócz 8 stałych lokatorów w odwiedziny zawitali: Malcolm z Irlandii, chłopak Ellany, Chris i Daniel z Niemiec oraz naszych 2 Polaków. Nie muszę chyba wspominać, że jest wesoło. Dzięki naszym gościom mamy wreszcie motywację by nieco zwiedzić Singapur, bo póki co trochę to odkładałyśmy:P Dziś imprezujemy a jutro udajemy się na east cost co by trochę po wakeboardingować:)
Smutną informacja jest taka, że pogoda w Singu akurat w tym tygodniu jest fatalna :/biorąc pod uwage fakt, że pora deszczowa dobiegła końca zastanówmy się kto nam do Singu deszcz przywiózł:P

Życie publiczne w Singapurze

Zakaz publicznego krytykowania rządu, uprawiania seksu oralnego, sprzedaży i żucia gumy, związków i zachowań homoseksualnych, posiadania lub używania narkotyków, zgromadzeń publicznych …jeśli mają tu transmisje z obrad parlamentu, to naprawdę trzebaby zobaczyć posłów dyskutujących o dopuszczalnych formach współżycia w akcji. O dziwo buddy Mikołaja, Zaria, starała się takie rozwiązania prawne uzasadniać. Głównym argumentem za tym, ze jej ojczyzna jest demokratyczna jest prawny obowiązek udziału w wyborach. Wytłumaczyła też sytuację sprzed 3 lat. Otóż to nieprawda, że wybory w 2005 były przeprowadzone z naruszeniem powszechnie przyjętych norm! Po prostu tylko jeden kandydat uzyskał certyfikat upoważniający do ubiegania się o urząd prezydenta. W związku z tym ogłoszono go prezydentem bez głosowania. Proste. Wydaje mi się, że dopiero po stwierdzeniu, że konkurencja polityczna w Singapurze istnieje, ale ze względu na problemy z prawem jej działalność jest ograniczona, zdała sobie sprawę, że jej dotychczasowy światopogląd ma pewne luki. Przez grzeczność Mikolaj nie zaprzeczył:)))

Naszym idolem politycznym stał się – Lee Kuan Yew'a! Gdy po 31 latach został zastąpiony na stanowisku premiera mianował się Ministrem Seniorem, a po wyborze kolejnego premiera – Ministrem Mentorem. Czy wciąż jest wpływowy? Obecny premier zwraca się do niego per tato…

jak to określił Mikołaj: "że też dowiaduje się o tym już po zakończeniu kadencji w SS…":)))*

*Tekst zaczerpnięty z bloga Mikołaja Marchewki, tak mi się spodobał, że stwierdziłam, że nie ma sensu się powtarzać, skoro Miki tak fajnie to opisał:)

czwartek, 28 lutego 2008

Koh Phi Phi


Koh Phi Phi jest jedną z najbardziej popularnych i znanych wysp Tajlandii. Popularność zyskała nie tylko dzięki wspaniałym plażom i zapierającym dech w piersiach widokom, ale także za sprawą filmu "Niebiańska Plaża" z Leonardo DiCaprio w roli głównej. Sama wyspa roi się więc od turystów, a co za tym idzie agencji turystycznych i tzw. zjawiska "naganiaczy".

Nasze pierwsze wrażenia były dość mieszane. Z jednej strony Koh Phi Phi przywitało nas wspaniałą pogoda i lazurową wodą, z drugiej na brzegu czekała na nas chmara agentów, z których każdy probował nas przekonać, że oferta hotelu, który prezentuje jest najlepsza. Niestety Hiszpanie, z którymi podróżowałyśmy łatwo wpadli w zastawione przez nich sieci. Wbrew naszym argumentom wylądowaliśmy w hotelu, który ceną może nie przerażał, ale na warunki tajlandzkie mógłby uchodzić za drogi. Nasze marudzenie miało jednak wiele pozytywnych skutków: hotel wynajęliśmy tylko na pierwsze noce. Następne kosztowały nas juz bardzo niewiele.

Koh Phi Phi to raj dla osób kochających plaże, błękitną wodę, snorkling, diving, dobre jedzenie, imprezy a także tani shopping:) oczywiście obie kochamy każdą z tych rzeczy i każdej z nich poświęciłyśmy dłuższą chwilę z tych 5 dni, które tam spędziłyśmy.

Imprezy

Dla wielu młodych osób Koh Phi Phi jest celem podróży głównie za ich przyczyną. W klubach zaskakująca jest jednak przewaga blondynek/blondynów. Około 40% osób imprezujących na Koh Phi Phi pochodzi ze Skandynawii. Wyspa cieszy się wśród nich tak nisamowitą popularnością, iż nasi znajomi Szwedzi wykreślili ją ze swojego planu podrózy, bo czuli by sie na niej jak w domu. Trzeba jednak przyznać, że atmosfera wyspy sprzyja imrezowiczom. Sprzyjają im też miejscowi sprzedający im mnóstwo alkoholu. Co parę metrów możliwe jest kupno wiaderek pełnych rumu, whisky, wódki zmieszanych z colą, spritem czy redbullem.

Maya Bay

To zatoka grająca główną rolę w filmie "The Beach". Szczęśliwym trafem znależliśmy się w grupie 20 osób, które jako jedyne mogły spędzić na słynnej plaży noc pod gołym niebem a także miały przywilej spędzenia tam poranka zanim przybyły rzesze turystów. Osoby, ktoóe miały szansę obejrzeć film pamiętają na pewno scenę, w której Leonardo widząc zatoke z wrażenia siada na piasku. Nasza reakcja była podobna...Plaża opuszczona przez turystów około 5 wieczorem robi pionorujące wrażenie. jeszcze lepiej wygląda w pelnym słońcu. Aby nacieszyć się nią całą grupą postanowilismy spać nie w namiotach ale pod gołym niebem. Oczywiście pobyt na plaży połączyliśmy z ogniskiem, gitarką, wspólnym spiewaniem.

Snorkling&Diving

Koh Phi Phi słynie jako raj dla nurków:) Miałam okazje sama się przekonać, że sława ta nie jest przesadzona. Bogactwo, które kryje się pod powierzchnią wody zadziwi każdego. Ilość firm oferujących kurs nurkowania na tej małej wyspie również:) Mieliśmy szczęście i trafiliśmy na prawdziwych profesjonalistów. Instruktorzy, z którymi pływałam sprawili, że nurkowanie na 12 metrach nie było bardziej stresujące niż spacer w Tatrach. Polecam!!!

Jeśli chodzi o snorkling, niewiele ustępuje samemu nurkowaniu...Jeszcze przez parę dni po nim czułyśmy na skórze małe nacięcia będące wynikiem bliskiego spotkania z ławicą tysiąca rybek:)

Asia

środa, 20 lutego 2008

jedziemy do Tajlandii:)

Tym razem tylko króciutko. W poniedziałek wróciłyśmy z Koh Phi Phi, było bosko... Spędziłyśmy na przykład noc na plaży z "The Beach", nurkowałyśmy na pięknych rafach koralowych , poddałyśmy się tradycyjnemu masażowi tajskiemu (bardzo osobliwe przeżycie:). Teraz mamy 2 dni w szkole, podczas których zaliczamy wszelkie możliwe prace domowe, prezentacje i testy. Jutro 6 a.m. kolejna przygoda- wylot do Bangkoku :)) a później zwiedzanie północnej części Tajlandii. Tak spędzimy tutejsze ferie:) Wracamy 3 marca, relacja będzie obszerna!

środa, 13 lutego 2008

Bali



Ok. 21 udało nam się wylądować na Bali. Stwierdzenie „udało się” nie zostało tu bynajmniej użyte przypadkowo, bowiem leciałyśmy Garuda Indonesia Airlines które rozbijają się zaledwie w 10 przypadkach na 100 :PP (chodzi o przypadki kiedy już uda im się wzbić w to powietrze :) )


Razem z towarzyszącymi nam Hiszpanami, Alexem i Josepem, udałyśmy się do hotelu. Przez pierwsze dwa dni mieszkaliśmy w Kucie-największym turystycznym kurorcie na wyspie. Jak wiadomo takie kurorty nie są zbyt przytulne, było to jednak dobry punkt do codziennych wypraw. Wynajęliśmy samochód z kierowcą i całkowicie poświęciliśmy się zwiedzaniu skarbów BaliJ


Wcześniej wydawało nam się, że Bali to przede wszystkim plaże jednak kolejne dni pokazywały jak bardzo się myliłyśmy! Bali jest wyspą niesamowicie bogatą pod względem kulturowym. Świadczy już o tym liczba świątyń, która na tej czteromilionowej wyspie sięga 25 tysięcy!!!! W każdym mieście (a raczej wiosce) buduje się ich kilkanaście, zawsze ku czci Trójcy reprezentującej bóstwo wody, powietrza i ziemi. Mieliśmy szansę zobaczyć te magiczne, sięgające XI stulecia świątynie, poczuć atmosferę kipiącego kulturą Ubud; zjeść obiad mając przed sobą niesamowity widok uśpionego wulkanu, przyjrzeć się uprawie ryżu na ciągnących się kilometrami tarasach, orzeźwić u stóp najwyższego na wyspie wodospadu, otrzymać błogosławieństwo z rąk tamtejszych kapłanów czy obejrzeć najpiękniejszy zachód słońca jaki można sobie wyobrazić…


Co do bardziej przyziemnych doświadczeń :) najbardziej ekstremalne wiązały się chyba z kupowaniem czegokolwiek. Ten naród po prostu nie potrafi powstrzymać się przed próbą oskubania turystów z posiadanych przez niego pieniędzy!!!! Po pierwszym dniu udało nam się zorientować ile, co powinno tam kosztować. Namęczyłyśmy się przy tym niemiłosiernie…zanim zeszło się z 600 000 RP na 60 000 mogło to potrwać nawet 15 minut…ile się człowiek przy tym nasłuchał „BEST PRICE, BEST PRICE!!!! Already cheap!!” :)Muszę przyznać, że w Azji robią się z nas coraz lepsze negocjatorkiJ Jak się okazało, odcinanie ostatniego zera lub dzielenie przez 10 pierwszej proponowanej na Bali ceny to zupełna norma :) Kiedy duch był już usatysfakcjonowany bogactwem kulturowym, ciało zaczęło domagać się uwagi:)


Naszym głównym założeniem było znalezienie wyśnionej przez nas plaży o lazurowej wodzie, drobnym piaseczku i zaledwie paru turystach opalających się pod palmami. W celu zrealizowania tak wysoko postawionego zamierzenia udałyśmy się na pobliską wyspę Nusa Lembongan. I to był strzał w dziesiątkę, co zresztą widać na załączonym obrazku:)


Następne trzy dni były prawie, jak z bajki… Czas upływał nam na opalaniu się w gorącym, balinezyjskim słońcu z koktajlem w jednym ręku i książeczką w drugiej. W ramach ochłody pływałyśmy w błękitnym morzu.


Wieczorami oglądałyśmy zachód słońca, jedząc obiad na specjalnie zbudowanym w tym celu tarasie , rankiem piłyśmy moją ukochaną, przepyszna kawę balinezyjską, patrząc na morze. Żyć nie umierać:)


Właściciel bardzo nas polubił:) zresztą trzeba dodać, że mieszkałyśmy u niego w domu, bo wszystkie domki były już zajęte:) więc miałyśmy dużo szczęście. Drugiego dnia, w przerwie od wylegiwania się na naszej rajskiej plaży, lokalni zabrali nas na wycieczkę po dwóch okolicznych wyspach i pokazali miejsca nie odwiedzane przez turystów. Na wyspie poruszać można się wyłącznie na skuterach, więc to dodaje jej uroku:) wszyscy, ale absolutnie wszyscy mieszkańcy żyją z połowu wodorostów, które ususzone sprzedają na pobliską Bali.


Inną ciekawostką jest informacja, którą przekazał mi poznany Francuz robiący interesy w Indonezji. Obcokrajowcy, którzy mają tam firmę, muszą płacić każdorazowo 15 000 USD wjeździe do Indonezji , no ciekawy sposób na dorobienie

To chyba koniec wieści z Indonezji...

wtorek, 15 stycznia 2008

Malezja-Kuala Lumpur

W poprzednich postach opisałyśmy jak znalazłyśmy mieszkanie i zaczęłysmy poznawać środowisko exchangów:)

W ciągu pierwszych tygodni udało nam sie poznać ich nieco bliżej. Głównie dzięki wspólnemu wyjazdowi do Malezji. Pojechało nas tam około 40 osób. Ja, Monika i Mikołaj oczywiście jak zawsze mieliśmy przy tym troszkę więcej zachodu niż cała reszta ekipy:) musieliśmy cały wyjazd zorganizowć sobie we własnym zakresie, a nie przez biuro podróży, jak reszta obcokrajowców. Ostatecznie zdecydowalismy sie jechać we czwartek wieczorem (wyjazd był o 8 rano w piątek). Byliśmy tak przygotowani, że na miejscu nie mieliśmy żadnej lokalnej waluty (nawet na taksówke) :) pierwsza nasza wyprawa była więc oczywiście w kierunku bankomatu:)


Według strony internetowej hotel, w którym mieszkaliśmy był hotelem pięciogwiazdkowym, z czym zresztą ośmieliłyśmy się polemizować:) charakterystyczny zapaszek na korytarzach, zapuszczone łazienki itp. raczej nie dodaja mu uroku (za to te zdjęcia na stronie dodaja go trochę za duzo:) )

W każdym razie i tak hotel ten standardem przewyższał to czego sie spodziewałyśmy po pobycie w Azji, ale wszystko w swoim czasie:)

Piatek zaczęlismy od zwiedzenia KL. Wybralismy się w 40 osób na zwiedzanie Twin Towers, wieży telewizyjnej oraz Little India. jak można sie było spodziewać tak wielkiej grupy nie da się opanować. Rozdzieliliśmy się prawie na samym początku. W poprzednim postach nie pisałyśmy wam nic o taksówkarzach czy to singapurskich czy to malezyjskich:) bardzo ciekawy temat, tak samo jak sposób ich jazdy. Nie wiem ile razy bylismy już bliscy wypadku, w każdym razie bardzo często byliśmy daleko od wytłumaczenia im gdzie maja jechać:) tutaj aby jeżdzić taksówką nie potrzebna jest chyba znajomośc planu miasta!! Bardziej przydaje się telefon komórkowy, z którego taki taksówkarz dzwoni co najmniej 3 razy aby dowiedzieć się gdzie musi się udać:) włączanie kierunkowskazów w czasie zmiany pasów ruchu w ogóle nie ma tu miejsca. W Malezji nawet przejście przez ulicę łączy się ze spora dawka adrenaliny. To samochód ma zawsze pierwszeństwo. Nawet na pasach dla pieszych:) Jeśli chodzi o inne atrakcje KL to jest ich juz raczej niewiele. Zdaniem przewodników warto jest odwiedzić jaskinie znajdujące sie zaraz koło miasta. Moim zdaniem warte są zobaczenia tylko po to, aby przekonać się jak bardzo Malezyjczycy lubią kicz. Główną atrakcją tej jaskini jest wysoki na kilkanaście metrów posążek bożka. Ma on tylko półtora roku-prawdziwy zabytek:) Zaraz za nim znajduje się wejście do jaskini, a raczej dużej groty. Nic szczególnego...wyjątkowi są za to jej mieszkańcy-małpy. Jedna z nich była prawdziwym fenomenem, nie tylko potrafila dośc celnie rzucać kokosami, ale co najważniejsze pić colę wyjęta ze śmietnika. Reszta naszego wyjazdu to głównie targowanie się ze sprzedawcami w Chinatown. Oczywiście w Chinatown w KL zakupiłyśmy plecaki na wyprawy po Wietnamie i Kambodży :) Ten ogromny targ jest jedną z głównych atrakcji tego miasta, liczba podróbek na metrze kwadratowym jest rekordowa. Można kupić polo Lacoste czy torebke Coach'a za groszę i muszę przyznać, że jakość podróbek jest niezła:) Wszyscy exchange students się obkupili i szpanujemy teraz w Singu firmowymi ciuchami hehe:) Wieczorem oczywiście zwiedzanie barów i klubów, co za miła niespodzianka, gdy gdzieś za granicą jest wreszcie taniej niż w Polsce:)
W KL spotkałyśmy się ze zjawiskiem Lady Boys na naprawdę szerokoą skalę. Ci faceci przebrani za kobiety wpędzali naszych "facetów" z wymiany do grobu. Jak to Mikołaj stwierdził, teraz nie będzie najpierw patrzył na biust tylko czy kobieta nie ma przypadkiem jabłka Adama:P W ostatniej fazie wieczoru znależliśmy się w barze o nazwie Sky Bar:) znajdował się na 33 piętrze luksusowego hotelu. Bar po środku miał basen, z którego niektórzy nasi znajomi postanowili skorzystać, gdy nad ranem zamykano bar:) na początku myślałam, że obsługa podbiega do nich, aby wyrzucić ich za drzwi...nie doceniłam ich poczucia humoru;) wszyscy gratulowali im wyczynu, przynosili ręczniki, klepali po plecach:)

hehe wyjazd z ludźmi z wymiany zawsze jest świetny, gdziekolwiek się jedzie, ale trzeba przyznać, że Malezja jest naprawdę piękna. Bujna roślinność, palmy, piękne krajobrazy, uroczy ludzie a nawet wspaniale drogi (! gdzie była Polska ?). Wrócimy jeszcze do Malezji na pewno, aby poznać ją bliżej. Zwłaszcz część wyspową. Ten wyjazd akurat miał na celu zwiedzenie stolicy i poznanie innych osób z wymiany. Oba cele zostały oczywiście zrealizowane:)

ASIA

piątek, 4 stycznia 2008

Szukanie mieszkania:)

W sleepim otrzymaliśmy kontakty do agentów mieszkaniowych i dobieraliśmy się w grupki wspólokatorów. Zaczeła się nasza wielka singapurska przygoda pod kryptonimem "szukamy mieszkania" która nam miała spędzać sen z powiek przez prawie tydzień!!!

Znalezienie mieszkania w Singapurze jest obecnie bardzo trudne. Jak już wspominałyśmy, wyburzane są budynki starsze niż 20 lat, a rząd płaci ich właścicielom ponadrynkową stawkę. My na tym cierpimy. Ceny wynajmu poszły 2 razy w górę w porównaniu z rokiem poprzednim

Wracając do szukania mieszkania, otrzymaliśmy od innych exchange students kontakty do 2 uroczych agentów: Jennis i Jeremego. Zaczęło się jeżdzenie po Singapurze i oglądanie mieszkań... z których żadne nie było tańsze niż 3700 SGD czyli mnożąć przez 1,7, prawie 7000 PLN!! za 3 pokojowe mieszkanie!, a te najtańsze (tak naprawdę niewiele tańsze) były najczęściej norkami. Oprócz pierwszego czynszu, należy zapłacić depozyt wysokości miesięcznego czynszu i prowizje dla agentka wysokości połowy.


Mieliśmy nieprzyjemną przygodę z Jennis. Kiedy w koncu znalezlismy fajne i dosc tanie mieszkanko, ustalilismy, ze placimy wszystko nastepnego dnia i sie wprowadzamy. To bylo w sylwestra.

Bylismy bardzo szcześliwi, ze nam sie wreszcie udało i w nowy rok wstaliśmy sobie o 15.00 :) Usiedlismy na sniadanku przed hostelem a pewnym czasie dolaczyly do nas przemile Irlandki, ktore wlasnie znalazly mieszkanie... po krotkiej wymianie zdan okazalo sie ze to….. to samo mieszkanie... co gorsza one juz za nie zaplacily od razu z gory.

Napisalismy do Jennis smsa zeby zobaczyc jak zareaguje z pytaniem "kiedy my mozemy placic?", a ona napisala ze jutro możecie (!) i mieszkanie na Was czeka. Poza tym non stop flirtowala z Mikołajem nazywając go "baby" :PP gdybyśmy przez przypadek nie dowiedzieli sie ze jest wynajete pewnie chciala by nas oszukac.


Teraz już jest w porządku i mieszkamy sobie nienajgorzej:) Mamy mega ładne mieszkanie!! jest w centrum centrum:) bo w Sigapurze jest tylko centrum i pola golfowe :P na 7 piętrze, ma prywatną windę, 200 m2, 4 sypialnie, 4 lazienki i mega ładny salon,z wielkimi oknami!! :) żeby było jeszcze milej udalo nam sie wynajac je bez agenta a zatem bez prowizji!!:) mieszkamy tu w 8 osob:) 3 Polakow, Francuzka, 2 Niemcow i 2 Irlandki! jest naprawde super i miedzynarodowo:) czy musze dodawac ze mamy basen, kort tenisowy i silownie?:))) czynsz na osobe jest na poziomie średnim, tzn ok. 700 SGD na osobe… wiec naprawde super trafiliśmy.


A propos agentow ktorych wspomniałyśmy, to oni mieli w tym roku monopol na wynajmowanie mieszkan obcokrajowcom ze SMU a tu niespodzianka! Podczas Orientation Day podali nam czarna liste agentow:))) i oboje tam byli, my parsknęliśmy smiechem, ale 80 studentom, którzy podpisali z nimi kontrakty troszke mina zrzedla, no coz szkoda ze nam wszystkim nie powiedzieli o tym wczesniej...:P o mieszkaniu, a zwłaszcza o imprezkach w mieszkaniu jeszcze z pewnością napiszemy...

czwartek, 3 stycznia 2008

Sleepy Sam

6 gwiazdkowy hostel sleepy sam :)) jak to okreslił Mikołaj, gwiazdka = liczbie łóżek na metrze kwadratowym:P jest uroczym miejscem, gdzie poznaje się mnóstwo osób z wymiany i śpi po 20 na sali:) jest uroczo, jednak grasują pluskwy i karaluszki i ciągle są zajęte prysznice, więc jednak lepiej szybko stamtąd uciekać:)

Przyjechaliśmy zaraz po gruntownym wybiciu tych robaczków, zrobili to bo w nocy jednego chłopaka pluskwy tak podgryzły, ze miał 300 ukąszeń i zabrali go do szpitala. Swoją drogą to Maciek- Polak z Koźmińskiego :)) w ogóle Polacy są tu popularni, bo ciągle nam się coś przytrafia!! Ja, Asia i Mikołaj jestesmy rozpoznawalni jako Ci, których agentka chciala oszukac:)) ech nie ma to jak popularność...

Pierwszy wieczór w SS upłynął nam na poznawaniu licznych exchange students, którzy też zatrzymali się w Sleepy Samie:) W zasadzie wszyscy całymi dniami szukaliśmy mieszkania, a wieczorami żaliliśmy się na ceny i odległości:)

Co dzień jednak jakiś szczęśliwiec "opadał" z naszego grona i czym prędzej przenosił się do nowego lokum. My spędziliśmy w Sleepim 7 dni, a nasze gorączkowe poszukiwania zdecydowanie zasługują na osobnego posta:) Opisałam je w części "szukanie mieszkania":)

Oprócz szukania mieszkania, znaleźliśmy jeszcze trochę czasu, żeby pomyśleć o imprezie sylwestrowej. Wszyscy exchange students postanowili zgodnie spędzić noc na plaży SANTOSA. Imprezka była zabawna i bardzo w stylu azjatyckim. Jak opisać w 3 słowach styl azjatycki imprezowania? Tłoczno, kiczowato ale wesoło:) Taki też był nasz Sylwester:)